Odwiedzin na stronie:410627
Obrazek

Dziś jest: 19 Październik 2017, Czwartek

Tadeusz Dulny – błogosławiony męczennik

Alumn TADEUSZ DULNY

ur.9 sierpnia 1914 w Krzczonowicach

zginął śmiercią głodową 7 sierpnia1942 w niemieckim obozie koncentracyjnym w Dachau

zaliczony do grona 108 męczenników z czasów II wojny światowej,

został beatyfikowany przez Papieża Jana Pawła II w Warszawie, dnia 13 czerwca 1999 r.

"Martyrologium Romanum" wspomina go w dniu 6 sierpnia, natomiast w Polsce wspomnienie wszystkich 108 męczenników przypada 12 czerwca.

 

Modlitwa do błogosławionego kleryka Tadeusza

"Wszechmogący, wieczny Boże, z Twoją pomocą błogosławiony kleryk Tadeusz, aż do śmierci walczył w obronie wiary, spraw za jego wstawiennictwem, abyśmy z miłości ku Tobie cierpliwie znosili wszelkie przeciwności i ze wszystkich sił dążyli do Ciebie, bo Ty jesteś prawdziwym życiem. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen (źródło www.imiona.net.pl )

Życie i męczeństwo

Błogosławiony Tadeusz Dulny urodził się 8 sierpnia 1914 r. w Krzczonowicach, parafia Ćmielów, na terenie diecezji sandomierskiej. 9 sierpnia 1914 r. został ochrzczony w Kościele parafialnym w Ćmielowie. Rodzicami jego byli Jan Dulny i Antonina z domu Gruszka. Posiadał siedmioro rodzeństwa: 5 braci i 2 siostry. Na uformowanie się jego osobowości miał duży wpływ klimat domu rodzinnego, bowiem rodzice swoim przykładem i słowem wdrażali dzieci do praktyk religijnych, modlitwy, szacunku wobec drugiego człowieka, ofiarności, pracowitości. W pamięci dzieci utrwalili się oni jako ludzie wielkiej dobroci, ludzie modlitwy i ciężkiej pracy. Kosztem dużych wyrzeczeń całej rodziny, utrzymującej się z pracy na roli, całe rodzeństwo mogło podjąć naukę w różnych szkołach, z czego czworo na uczelniach wyższych.

Od dzieciństwa Tadeusz wyróżniał się licznymi zaletami charakteru, a zwłaszcza religijnością. Umiał godzić skromność, uprzejmość, nawet swojego rodzaju nieśmiałość, z poczuciem humoru, żywością charakteru i energią. To wszystko zaznaczyło się, gdy przebywał w domu rodzinnym w okresie szkoły powszechnej i średniej. Do gimnazjum  uczęszczał w Ostrowcu Św. Swoim zachowaniem, żarliwą pobożnością budował rówieśników. Tam też dojrzało w nim powołanie kapłańskie. Od tej decyzji nie odciągnął go fakt, że w tym czasie jego starszy brat Julian, został usunięty z seminarium w Sandomierzu po trzecim roku studiów. Tadeusz uzyskał w czerwcu 1935 r. świadectwo maturalne w liceum im. J.Chreptowicza w Ostrowcu Św., a jesienią wstąpił do Seminarium Duchownego we Włocławku.

Nie odznaczał się wybitniejszymi zdolnościami intelektualnymi. Te braki nadrabiał pracowitością. W  seminarium od samego początku uwidoczniło się jego dążenie do coraz intensywniejszej pracy nad swoim charakterem i nad powołaniem. Dzięki temu pośród kolegów zyskiwał prawdziwą przyjaźń, a u wychowawców opinię wzorowego alumna, który z całą gorliwością przygotowywał się do przyszłej pracy duszpasterskiej. Te walory miały się ukazać w całej pełni podczas próby, jaką dlań stanowiły więzienia i obozy hitlerowskie.

Tadeusz Dulny należał do tych alumnów, których w drodze do kapłaństwa nie zatrzymała nawet wojna. Jeszcze w czasie działań wojennych, we wrześniu, stawił się we Włocławku w nadziei, że będzie kontynuować naukę. Niestety, podzielił los swoich profesorów i kolegów. 7 listopada 1939 r. został wraz z nimi aresztowany. Do 16 stycznia 1940 r. przebywał  w więzieniu we Włocławku, a potem wraz z innymi został internowany w klasztorze w Lądzie. Miał możliwość wyjazdu do Generalnej Guberni, skąd pochodził, lecz z niej nie skorzystał. Wolał pozostać w warunkach internowania w nadziei, że to przybliża go do upragnionego kapłaństwa.

26 sierpnia 1940 r. został zabrany z Lądu i kilka dni póżniej  wraz z towarzyszami niedoli znalazł się w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen. Jednak ostatecznym celem poniewierki obozowej miał być obóz w Dachau, dokąd wywieziono go 15 grudnia 1940 r. Otrzymał numer obozowy 22662. Przydzielono go na blok nr 28. W sytuacji nieludzkiego poniżenia, pracy ponad siły, przy nieustannym zagrożeniu życia, z całą wyrazistością zaznaczyła się jego duchowość, cnoty, o czym dają jednozgodnie świadectwo ci, którzy wraz z nim byli w obozie. Odznaczał się zawsze pogodą ducha i optymizmem, czym wywierał zbawienny wpływ na innych. Ten duch radości miał swoje źródło w głębokiej wierze, ubogaconej modlitwą. Należał w obozie do kilkudziesięcioosobowej grupy modlitewnej więźniów, zawiązanej w wielkiej dyskrecji. W tej grupie więźniowie starali się wzajemnie umacniać duchowo poprzez wspólne modlitwy, medytacje, duchowe kierownictwo, posługę sakramentów, by na chrześcijański sposób przeżywać doświadczenie obozowe, chronić się przed zniechęceniem, upadkiem moralnym, nienawiścią wobec prześladowców, a jednocześnie przygotowywać się - jak ufano - do posługi po odzyskaniu niepodległości. Chociaż w obozie zabraniano zewnętrznych przejawów religijności, modlił się niekiedy półgłosem przy ciężkiej pracy. Szczególne nabożeństwo żywił do Matki Bożej.

Owocem tego zjednoczenia z Bogiem była ofiarna postawa w stosunku do towarzyszy niedoli, posunięta do granic heroizmu. Korzystając z nieuwagi dozorców starał się pomagać w pracy starszym i schorowanym kapłanom, wyręczać ich w zabójczych dla nich obozowych obowiązkach. W sytuacji permanentnego wygłodzenia, gdy więźniowie często wzajemnie wykradali sobie resztki odłożonego jedzenia, on wielokrotnie dzielił się z innymi tym, co udało mu się zdobyć, czy też skromną paczka żywnościową, jaką czasem nadesłano mu z domu rodzinnego. Niekiedy potrafił oddać słabszym od siebie swoją głodową porcje pożywienia. Głód, praca ponad siły spowodowały  wycieńczenie organizmu do tego stopnia, że osłabł z wyczerpania. Wkrótce po zaniesieniu go na rewir, zmarł 7 sierpnia 1942 r. Jeszcze w 1942 r. władze obozowe przesłały w paczce rzeczy alumna Tadeusza do najbliższej rodziny w Krzczonowicach z informacją o jego śmierci.

Współwięźniowie dali o nim takie świadectwo: "Alumn Tadeusz Dulny połowę swojej brukwianej zupy oddał temu, którego życie uważał za cenniejsze od swego. Wzniesienie się ponad potrzebę jedzenia, w czasie gdy głód skręcał bólem kiszki przez wiele dni, tygodni i miesięcy, było czynem niezwykłym, bohaterskim, który należy przekazać potomnym. Takim był Tadeusz Dulny, chłopiec któremu słońce patrzyło z oczu. Potrafił on w najciemniejszej sytuacji dojrzeć jasny promień Miłosierdzia Bożego i wskazać go innym" ( W. Jacewicz , J. Woś ,Martyrologium )

ŚWIADECTWO

ks. Bp Franciszek Korszyński we wspomnieniach  "Jasne promienie w Dachau" tak pisze o Tadeuszu Dulnym

"W obozie śmierci nie przestał być sobą. Jego cnoty pielęgnowane i praktykowane dotychczas, teraz rozwinęły się wspaniale, wprowadzając go w krainę bohaterstwa. Jeszcze bardziej pogłębiła się i ożywiła jego pobożność oraz iście dziecięca ufność w Boga. Wprawdzie zabroniono nam wszystkich objawów religijności, ale alumn Dulny nie liczył się z tymi zakazami i modlił się dużo. Zwłaszcza przy pracach na plantacjach spędzał długie chwile w zjednoczeniu z Panem Bogiem i Matką Najświętszą, do której żywił szczególniejsze nabożeństwo od lat dziecięcych i młodocianych. Jakże się cieszył, gdy dzięki szczęśliwym okolicznościom, grupka, w której pracował, odmawiała wspólnie różaniec święty, śpiewała ulubione w Polsce  "Godzinki o Najświętszej  Maryi Pannie" i inne pieśni religijne.

Jego ufność w pomoc Bożą i opiekę Matki Bożej sprawiała, że ze spokojem i pogodą ducha znosił wszelkie braki obozowego życia, wszelkie prześladowania, wszelkie fizyczne i moralne cierpienia. Owszem, nawet innych pocieszał, dodawał im ducha słowem pełnym wiary i ufności, a zwłaszcza swoim przykładem. Było to jego niezamierzone, ale jakże zbawienne apostolstwo w stosunku do cierpiących współbraci. Dominantą wszakże jego życia, cechą charakterystyczna, która wybijała się już w życiu rodzinnym, gimnazjalnym i seminaryjnym, a która potem w Dachau doszła do heroizmu, była jego ofiarna miłość bliźniego, praktykowana w różny sposób. Nosiliśmy kotły z pożywieniem dla całego obozu. Wielu z nas z największym wysiłkiem zanosiło swój kocioł na wyznaczony blok. On, młody, przeto silniejszy, prędko z kolegą odnosił swój kocioł, po czym biegł, by pomóc słabszym, a gdy kapo nie wiedział, zastępował ich nawet całkowicie. Prawdziwą udręka dla starszych więźniów było słanie łóżka według przepisów obozowych, wydanych właśnie po to, by tę udrękę stwarzać. On, dzięki swej zręczności, prędko i dobrze budował swoje łóżko, a następnie w ukryciu przed okiem izbowego budował łóżka innym. Podobnie pomagał przy pracy, ale ta ofiarna miłość bliźniego okazywała się bodaj najwspanialej przez to, że dożywiał m.in. znanego i cenionego profesora Rosłańca. Robił to subtelnie i bardzo dyskretnie, jak to było w jego zwyczaju, ale nie ukryło się to przed oczyma kolegów, którzy mi o tym donieśli. Nie znając sprawy, zatrwożyłem się o życie drogiego mi alumna. Toteż raz odszukawszy go w masie wiezniów, pochwaliłem go za dobre serce, lecz wypowiedziałem zarazem cały swój o niego niepokój. Uśmiechnąwszy się przyznał, że dożywia ks. Prof. Rosłańca i jednocześnie prosi, bym był spokojny o niego, zapewniając, że czyni to bez uszczerbku dla siebie, że czuje się dobrze.

Nie zadowalając się takim ogólnikowym zapewnieniem, prosiłem, by mi wyjaśnił bardziej szczegółowo całą tę sprawę, abym istotnie mógł się uspokoić. Wtedy powiedział mi, że  należy do komanda śmieciarzy i że wspólnie z innymi więźniami wywozi śmieci nie tylko z całego obozu, ale i ze szpitala w mieście Dachau. W tym szpitalu są siostry zakonne, które dowiedziawszy się jakoś, że wśród owych więżniów śmieciarzy są polscy kapłani, z narażeniem się nawet na wielkie przykrości ze strony władz hitlerowskich, codziennie w śmieci szpitalne  wkładały dużą paczkę dobrze zawiniętych wiktuałów. Za miastem, gdy nikt nie widział, nasi śmieciarze zjadali wiktuały z wielkim smakiem, nie mogąc nic z nich przywieżć do obozu, gdyż przy bramie obozowej podlegali ścisłej rewizji. Po takim wyjaśnieniu zrozumiałem, że mógł swoją porcję obozową odstępować komuś innemu bez uszczerbku dla siebie. Spokojny o siebie, ponownie pochwaliłem i jego dobre serce, i tym samym zachęciłem go, by w dalszym ciągu tak szlachetnie służył ks. Profesorowi. Niestety o szczęściu śmieciarzy, wspaniałomyślnie i odważnie odżywianych przez zacne siostry szpitalne, dowiedzieli się jacyś spryciarze obozowi i postanowili dostać się do komanda śmieciarzy, żeby zaznać tego samego szczęścia. Dokonali tego przez usunięcie z komanda cichego i potulnego alumna Dulnego i paru inych jemu podobnych. Wtedy z konieczności wrócił on do obozowej porcji, z której już nic nie mógł dawać ks. prof., bo i dla niego samego była ona zbyt  mała, niewystarczająca. Toteż mizerniał coraz bardziej, co stwierdzał każdy, kto się z nim stykał. Kiedyś przy sposobności mycia się w umywalni, a obowiązkowo myliśmy się do pasa, widziałem na nim skórę i kości. Niebawem z wyczerpania zemdlał na bloku w czasie przerwy obiadowej, o czym wspomniałem już nieco wyżej, a wtedy silniejsi koledzy zanieśli go do rewiru. Wtedy też po raz ostatni widziałem go w tym życiu. Widziałem jego zwisające ręce i nogi, chwiejącą się głowę, uśmiechniętą twarz, pogodne, jasne oczy. Wkrótce przyszła na nasz blok smutna wiadomość, że alumn Tadeusz Dulny nie żyje. Zgasło to młode życie, ale pamięć o nim zgasnąć nie powinna, bo było ono święte, pełne chrześcijańskiej miłości, stawało w rażącej, a dla nas tak chlubnej, sprzeczności z neo pogańską nienawiścią hitlerowską, potępiało jej zbrodnie, swoim zaś, cierpiącym więżniom, dawało przykład heroicznej cnoty.

Wiemy, jak każdy człowiek  z natury przywiązany jest do życia. Widziało się to zwłaszcza w obozie, gdy niektórzy młodzi i zdrowi zręcznie uchylali się od cięższych i bardziej  wyniszczających robót, kazali spełniać je innym, zwłaszcza starszym twierdząc, że oni już się nażyli. Jakże inaczej myślał i postępował nasz kochany alumn Tadeusz Dulny. Będąc w kwiecie wieku, miał bowiem zaledwie 28 lat, nie myślał, że ks. prof. Rosłaniec już się nażył; przeciwnie, pragnął by dla Kościoła i Polski żył on jeszcze długie lata i dlatego ratował go, jak mógł. Wprawdzie nie uratował go, ale dał przykład heroicznej cnoty. Toteż sprawdziły się na nim  słowa Zbawiciela: "Większej nad tę miłość nikt nie ma, aby kto duszę swą ( życie swoje) położył za przyjaciół swoich" ( J 16 , 13 ).

Gdy myślę, że ten tak bardzo obiecujący alumn zginą l prawie na progu kapłaństwa, o którym marzył  przez wiele lat, do którego dążył wytrwale poprzez trud i cierpienie, ból wypełnia  mą duszę, ale jednocześnie doznaję uczucia dumy i radości, że ten nasz ukochany wychowanek oddał swe życie na ołtarzu Boga, Kościoła i Polski, że przeto umarł za największą sprawę, upodabniając się do Tego, o którym mówimy w każdej Mszy św., że jest  "Hostia pura, hostia sancta, hostia immaculata - ofiarą czystą, świętą i niepokalaną". Ufam też, że na jego śmierci, jak również na śmierci innych alumnów i tysięcy kapłanów sprawdzają się i sprawdzać się będą słowa Tertuliana: "Sanguis martyrum - semen christianorum", że ta śmierć, w Bożych wyrokach, stała się posiewem powołań kapłańskich, które Pan Jezus tak licznie budzi za dni naszych w duszach młodzieży i jak ufać możemy, nadal budzić będzie. Uważam wreszcie, że że życie i śmierć alumna Tadeusza Dulnego, a zwłaszcza jego czynna, ofiarna, a nawet heroiczna miłośc bliźniego, będą dla następnych pokoleń kleryków  i kapłanów wzniosłym i skutecznym przykładem, na którym wzorować się będą, by oddawszy się na wyłączną służbę Chrystusowi Panu w kapłaństwie, ofiarnie żyć pracować i cierpieć dla dusz Jego krwią odkupionych" (źródło www.cmielów.sandomierz.opoka.org.pl)

 


 

 

 

 

 

 


 



Oryginalny portret z domu rodzinnego Tadeusza Dulnego, do dzisiaj tam wiszący, na jego podstawie został wykonany oficjalny znany portret jako Błogosławionego Męczennika